Grupa naTemat

„Kobiety domowe” mają swoją niezależność

Danuta Wałęsa, Małgorzata Gowin, teraz Małgorzata Terlikowska. Dlaczego wywiady z żonami prawicowych polityków, którzy nie kryją swoich ścisłych związków z kościołem katolickim, nie są traktowane jak wywiady z innymi kobietami? Dlaczego z góry zakłada się, że skoro związały się z wyrazistymi, aktywnymi publicznie skrajnymi konserwatystami, to muszą być koniecznie zniewolone przez męża, wtłoczone w swoją rolę, nieświadome, przygniecione rodziną, nieszczęśliwe?

Niedawno pisałam wstęp do książki „Bez makijażu”. Są tam historie znanych kobiet z ich dzieciństwa i dojrzewania. Na ich podstawie można prześledzić, jak stopniowo zmieniała się rola kobiet w społeczeństwie i rodzinie. I jak bardzo długo kobieta nie miała własnej podmiotowości, była definiowana przez otaczających ją mężczyzn – męża, brata, ojca, syna. Kiedy przyrodnia babcia Anne Glauber, jednej z bohaterek tej książki wychodziła za mąż, rozesłano zaproszenia do znajomych: „Siostra Rubena Levy’ego wychodzi za mąż”. Jej samej w tym nie było!

Dziś bez problemu w aktywnych publicznie kobietach widzimy niezależne byty, myślące i działające osoby o konkretnych nazwiskach, ale kobiety „domowe” traktuje się tak jak kiedyś, przedmiotowo, definiując je przez pryzmat ich szerzej znanych mężów. Wywiad z Małgorzatą Terlikowską przeczytałam z dużymi emocjami. Mam wielki szacunek dla rodziny, jaka tworzą Terlikowscy i do wysiłków, jakie podejmują na rzecz utrzymania jej w jednym kawałku i w szczęściu. Nawet poczułam cień sympatii do Tomasza Terlikowskiego, którego znam tylko z wypowiedzi publicznych, dla mnie wielokrotnie nieakceptowalnych. Ale jeśli chodzi o Małgorzatę Terlikowską, mogę tylko pogratulować rodziny i wyborów, których dokonuje. To bynajmniej nie znaczy, że jej przepis na życie jest uniwersalny i należy go jedynie skopiować, żeby być szczęśliwym. Tak nie jest, bo jesteśmy bardzo różni i każdy z nas tworzy odrębną osobowość. Dokonujemy własnych wyborów, adekwatnych do swojej sytuacji, możliwości, charakteru.

Nie widzę żadnych oznak zniewolenia Małgorzaty Terlikowskiej. Na pewno nie wynika ono z faktu, że cała rodzina namawia ją do urodzenia dziecka, a ona „nie bardzo chce, ale sądzi, że ulegnie”. Przecież nie mówi tego przez zaciśnięte zęby, tylko z uśmiechem – przynajmniej tak odczytuję jej emocje. To normalne zachowanie kobiety, matki i żony. Ja nie mam czwórki dzieci, ale mając jedno, dziś już dość wyrośnięte, pamiętam, jakie były początki. Kiedy po roku karmienia naturalnego chciałam je odstawić od piersi, usłyszałam w moim otoczeniu, że to dobra decyzja, bo dłużej to nie wypada. Za to w domu podniósł się straszny krzyk. Mąż przyniósł mi artykuł o tym, że dzieci karmione piersią są inteligentniejsze. Pytał, czy ja nie chcę zwiększać jego szans, a mój syn krzyczał dosłownie. Pomyślałam, że w tej sytuacji ulegnę i uległam.

Nigdy tego nie żałowałam ani nie uważałam za przejaw zniewolenia i zależności. Przeciwnie, to zewnętrzne otoczenie, które rości sobie prawo do oceniania i wnioskowania, na podstawie liczby dzieci i krótkiego wywiadu, o uzależnieniu i braku szczęścia „kobiet domowych”, wykonuje zamach na niezależność kobiet. Bo niezależność to prawo do swobodnego wyboru – modelu rodziny, religii, modelu życia prywatnego i zawodowego. Do zdefiniowania swojej roli w różnych sferach życia.

Życie w tradycyjnej rodzinie może być źródłem osobistej satysfakcji i szczęścia tak samo, jak życie w rodzinie nietradycyjnej. Sprzeciwiam się próbom gradacji modeli rodziny, wywyższaniu jednych nad drugimi, sugerowaniu, że są modele, w których możliwe jest szczęście i są takie, w których to jest niemożliwe. Wzajemny szacunek, wspólnota decyzji, akceptowanie swoich słabości, zaufanie – to się wydarza w rodzinach szczęśliwych, sformalizowanych i niesformalizowanych, katolickich i niekatolickich. Nie trzeba być singlem żeby myśleć niezależnie, hołdowanie tradycji nie pozbawia podmiotowości „z definicji”. Wszystko zależy od ludzi, od sytuacji.

Jeśli w katolickiej tradycyjnej rodzinie pojawia się przemoc, alkoholizm, brak miłości i generalna beznadzieja, na pewno warto przemyśleć czy jest sens „pracować nad związkiem” i tkwić w nieszczęściu do końca życia, nawet jeśli słyszymy podpowiedzi, że „trzeba nieść ten krzyż”. Jeśli natomiast wymagania będących w związku kobiety wobec mężczyzny i na odwrót są zbyt wysokie, może warto pracować nad związkiem, aby poprawiła się jego jakość i aby przetrwał. To zawsze są trudne pytania i niezwykle trudno na nie odpowiedzieć. Zbyt sztywno jednak stosowane reguły mogą unieszczęśliwić, podobnie jak ich brak. Zbyt schematyczne patrzenie na kobiety – z prawej lub lewej strony – niepotrzebnie upraszcza, a czasami krzywdzi.

Mam nadzieję, że dyskusja w sprawie Małgorzaty Terlikowskiej już się kończy i i że będzie ona mogła, podobnie jak większość Polek i Polaków – oddać się obowiązkom, przyjemnościom i przeżyciom związanymi z Wielkanocą. Życzę wszystkim spokojnych Świąt. Może warto je wykorzystać dla skupienia i wewnętrznej odnowy?

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
KobietyFeminizmTomasz TerlikowskiZwiązki
Skomentuj